Skocz do spisu treści

Światełko - miesięcznik dla dzieci starszych

nr 11, listopad 2013

Redakcja:
Ewa Fraszka-Groszkowska (red. naczelna)
Marta Michnowska
Barbara Zarzecka

Kolegium redakcyjne:
Wanda Chotomska
Hanna Karwowska-Żurek
Anna Nowakowska
Małgorzata Pacholec
Magdalena Sikorska

Adres redakcji:
ul. Konwiktorska 9,
00-216 Warszawa
tel.:(22) 831-22-71 wewn. 253 lub (22) 635 19 10
e-mail: swiatelko@pzn.org.pl
strona WWW: swiatelko.pzn.org.pl

Czasopismo współfinansowane ze środków PFRON i MEN
Numer ISSN: 1230-3380

Uwaga! Jeśli chcesz zamknąć okno a później móc wrócić do ostatnio czytanego artykułu, cofnij się do najbliższego linku "zaznacz" i otwórz go.


Spis treści

Wisła (fragment) - WŁADYSŁAW BRONIEWSKI
W czekoladowym sercu Europy - MONIKA DUBIEL
Allegro ma non troppo - WISŁAWA SZYMBORSKA
Odmawianie to rzecz święta, kiedy trafiasz na natręta - ANNA KOWALSKA
Ciekawostki
Coś pysznego: I deser z głowy!
Językowe potyczki: Z głupia frant - KROPKA
Kryptozoologia – na tropie legend - PRZEMYSŁAW BARSZCZ
Cooltura: Klub nieobecnyc - KONRAD ZYCH
W poszukiwaniu światła
Kobieta za-RAD-na - MARTA SKROBACKA
Sport to zdrowie: Goalball – tajniki dzwoniącej piłki - KONRAD ANDRZEJUK
Spróbuj rozwiązać!
Rozwiązania zagadek:
Z uśmiechem łatwiej



Wisła (fragment) - WŁADYSŁAW BRONIEWSKI

Na rozchwiejności topoli
wróbel usiadł.
Wahał się, wahał się, usiadł,
widać musiał.

Na rozchwiejności myśli
kropla smutku spadła,
wahała się, wahała się,
siadła.
Nie waham się przed śmiercią,
życie i tak krótkie,
ale waham się, waham się, waham się
przed smutkiem.

zaznacz i zamknij wróć do góry



W czekoladowym sercu Europy - MONIKA DUBIEL

aństwo, które dziś odwiedzimy jest niewielkie. Ma powierzchnię prawie 10 razy mniejszą od Polski i zaledwie 11 mln mieszkańców. Mimo to jest kolebką oraz centrum Unii Europejskiej, ma bardzo bogatą historię, a także słynie ze swej kuchni. Mowa oczywiście o Belgii.
Państwo to leży między Francją, Holandią a Niemcami. Głową państwa jest król. Dziwić może fakt, że w tak niewielkim kraju są aż trzy języki urzędowe: flamandzki, francuski oraz niemiecki. Ma to swoje źródła w burzliwej przeszłości ,w efekcie, której Belgia jest krajem wielonarodowym.
Państwo to ma niewielki, bo liczący sobie zaledwie 60 km długości odcinek wybrzeża nad Morzem Północnym i bardzo dobrze rozwiniętą sieć rzek oraz kanałów, dzięki czemu żegluga, zarówno śródlądowa, jak i morska jest jej mocną stroną.

Historia
Pierwszymi mieszkańcami terenu obecnej Belgii byli Celtowie. Później, jak na większości terytoriów Europy, władzę przejęli tam Rzymianie. W średniowieczu ziemie te weszły w skład państwa Franków, a potem Burgundii. W następnych wiekach przechodziły kolejno pod władzę Austrii, Hiszpanii, Niemiec i Francji, by na początku XIX w. wraz z Holandią utworzyć Królestwo Niderlandów. Po tzw. rewolucji belgijskiej w 1830 r. po raz pierwszy powstało niezależne Królestwo Belgii. Zarówno w I jak i w II wojnie światowej Belgia starała się zachować neutralność, ale została zajęta przez Niemcy. Po wojnie wraz z Holandią i Luksemburgiem utworzyła unię celną i gospodarczą tzw. Beneluks, co stało się zaczątkiem Unii Europejskiej.
Mimo niewielkich rozmiarów Belgia podobnie jak Francja czy Wielka Brytania dorobiła się koloni, w Afryce: Kongo Belgijskie, Rwanda i Burundi, które uniezależniły się w latach 60.. pod koniec XX w. coraz wyraźniej zaznaczał się podział między flamandzkojęzyczną północą (Flandrią), a francuskojęzycznym południem. (Walonią). Wydzielono również stołeczny region Brukseli, tak więc Belgia składa się z trzech regionów, które cieszą się bardzo dużą autonomią.

Frytki ,gofry i piwo
Te i jeszcze kilka innych uwielbianych przez łasuchy na całym świecie smakołyków zawdzięczamy właśnie Belgom. Tradycyjne frytki są bardzo grubo krojone i dobrze wysmażone, podaje się je z mnóstwem sosów, choć najbardziej tradycyjny jest gęsty majonez. Prawdziwe belgijskie gofry są dużo puszystsze i słodsze od tych, które znamy z budek nad naszym morzem. Serwuje się je z owocami i bitą śmietaną. Z mniej znanych belgijskich specjałów wymienić można owoce morza, zwłaszcza mule oraz zupę Waterzooi - przyrządzaną z ryb, warzyw oraz ziół, zaprawioną żółtkami i śmietaną.
Na świecie Belgia słynie również jako kraj piwowarów. Na tak niewielkim terenie mieści się ponad 100 browarów, których historia sięga nieraz XI w. Produkuje się tam łącznie ponad 700 gatunków piwa. To właśnie belgijskie trunki wygrywają od wielu lat światowe konkursy piwowarskie.

Pralinowe królestwo
Nie bez powodu tak właśnie nazywa się Belgię. . Ziarna kakaowca oraz zwyczaj robienia z nich napoju przywiózł do Europy już Krzysztof Kolumb, ale dopiero Belgowie wpadli na pomysł by wykorzystać je przy wyrobie słodyczy. Tak powstały trufle i praliny.
Trufle to połączenie masła, śmietany, cukru i czekolady, a także odrobiny likieru. Czekolada powinna być miękka i posiadać delikatną, kremową konsystencję. Trufle mogą być: klasyczne np. kakaowe, wykwintne np: szampańskie, pikantne np: z chili albo deserowe np: pomarańczowe. Praliny są to natomiast czekoladki wypełnione gęstą masą orzechową. Mogą one także występować z rozmaitymi dodatkami np: chrupki ryżowe , biała czekolada, lub kandyzowane owoce.

Najciekawsze miejsca
Belgia to nie tylko pyszne jedzenie, ale mnóstwo interesujących miejsc do odwiedzenia. W stolicy znajduje się siedziba nie tylko króla, czyli władz państwa, ale i NATO, EUROATOMU oraz instytucji Unii Europejskiej. Bruksela jest miastem kontrastów - obok urokliwych krętych uliczek, gotyckich kościołów i mieszczańskich kamienic wyrasta wiele dzielnic imigrantów, a także nowoczesnych wieżowców. Humorystycznym symbolem stał się Manneken Pis czyli fontanna z figurką siusiającego chłopca.
Największym miastem w Belgii jest Antwerpia. Mimo iż nie leży nad morzem, jest drugim co do wielkości w Europie portem morskim. Statki dopływają do niej rzeką Skaldą. Zwiedzając ją, należy pamiętać, iż narodził się tam Rubens. Muzeum mistrza, jest zatem punktem obowiązkowym.. Oprócz tego Antwerpia słynie jako światowe centrum obróbki i sprzedaży diamentów.. Nie można zatem ominąć dzielnicy diamentów ze szlifierniami i sklepami jubilerskimi.
W Belgii warto odwiedzić też Gandawę znaną z organizowanych co 5 lat wystaw kwiatów i roślin, Louven będące siedzibą najstarszego w Beneluksie uniwersytetu czy Brugię, z której pochodzą słynne koronki.

Ciekawostki
1. Przeciętny Belg zjada rocznie 8 kg czekolady.
2. W Brukseli znajduje się budynek Atomium będący powiększonym 150 miliardów razy modelem kryształu żelaza. Ma wysokość ponad 100 m. Składa się z 9 sfer o średnicy 18 metrów połączonych 20 korytarzami o długości 40 m. Jest dostępny dla zwiedzających. Z jego szczytu można podziwiać panoramę miasta.
3. Do najbardziej znanych Belgów należą : malarze: Anton Van Dyck, Pieter Rubens, Pieter Breughel, pieśniarz Jacques Brell oraz aktorzy Jean-claude Van Damme i Audrey Hepburn.

zaznacz i zamknij wróć do góry



Allegro ma non troppo - WISŁAWA SZYMBORSKA

Jesteś piękne – mówię życiu –
bujniej już nie można było,
bardziej żabio i słowiczo,
bardziej mrówczo i nasiennie.

Staram się mu przypodobać,
przypochlebić, patrzeć w oczy.
Zawsze pierwsza mu się kłaniam
z pokornym wyrazem twarzy.

Zabiegam mu drogę z lewej,
Zabiegam mu drogę z prawej
i unoszę się w zachwycie,
i upadam od podziwu.

Jaki polny jest ten konik,
jaka leśna ta jagoda –
nigdy bym nie uwierzyła,
gdybym się nie urodziła!

Nie znajduję – mówię życiu –
z czym mogłabym cię porównać.
Nikt nie zrobił drugiej szyszki
ani lepszej, ani gorszej.

Chwalę hojność, pomysłowość,
zamaszystość i dokładność,
i co jeszcze – i co dalej –
czarodziejstwo, czarnoksięstwo.

Byle tylko nie urazić,
nie rozgniewać, nie rozpętać.
Od dobrych stu tysiącleci
nadskakuję uśmiechnięta.

Szarpię życie za brzeg listka:
przystanęło? dosłyszało?
Czy na chwilę choć raz jeden,
dokąd idzie – zapomniało?

zaznacz i zamknij wróć do góry



Odmawianie to rzecz święta, kiedy trafiasz na natręta - ANNA KOWALSKA

Wpychamy trzeci kawałek ciasta, mimo że żołądek protestuje. Kupujemy niepotrzebne produkty, ponieważ skoro zapytaliśmy o nie, należy zrobić przyjemność sprzedawcy, który tak profesjonalnie przekonuje i zachwala. Pokornie towarzyszymy koleżance w wędrówce po galerii handlowej piątą godzinę, dajemy się namówić na próbowanie alkoholu, bo komuś będzie przykro, bo ludzi trzeba szanować, bo co powiedzą inni, bo nie wypada, bo oni też nam kiedyś odmówią…
Wydaje się nam, że jeśli raz odmówimy, to ludzie zapamiętają to na zawsze i nigdy już o żadną przysługę nie poproszą, a i sami nie będą skorzy do pomocy, gdybyśmy my znaleźli się w potrzebie. To straszne „nie” nie przechodzi przez usta, ponieważ jak tu ukochanej przyjaciółce Patrycji nie pomóc, jak tu dobremu kumplowi Tomkowi powiedzieć, że niestety musi sobie poradzić bez Twojego wsparcia. I pożyczamy płyty, książki, pieniądze, piszemy za koleżanki i kolegów wypracowania, próbujemy napojów nieznanego pochodzenia, na które wcale nie mamy ochoty. „Ja to nie potrafię odmawiać” - chwalą się niektórzy, co ma oznaczać „jestem taki dobry”. Gdzieś na dnie tego zdania leży myśl, że w związku z tym, że sam tak się staram dla dobra innych, oni też powinni odpłacić spełnianiem moich próśb. Toteż pożyczamy kolejne kolczyki koleżance z drżeniem, że też ulegną zniszczeniu, tak samo jak trzy pary poprzednich. Przynosimy do szkoły płytę dla kolegi, który bardzo prosił, mimo że z doświadczenia wiemy, że znowu będziemy odbierać ją rok.
Wszystkim, którym „nie” nie przechodzi przez gardło powiem: można odmawiać. Naprawdę, to nie boli, choć bywa trudne. Niełatwo odmówić, gdy wcześniej zawsze byliśmy do usług. Osoba, której powiemy „nie” zdziwi się. Będzie pytać: dlaczego, co się stało? Poza tym, jeśli nauczyliśmy się rezygnować z własnych spraw na rzecz innych, to będziemy czuć się winni. ”Przecież mogę rozprawkę napisać nocą, a teraz wybrać się na film z Magdą”. „Nic się takiego nie stanie, jeśli przełożę spotkanie z ciocią, a dziś pomogę Krzyśkowi przygotować się do klasówki z biologii”. A jeśli ze zmęczenia zaśniesz nad rozprawką? Jeśli ciocia przyjechała na spotkanie z innego miasta? A co się stanie, jeżeli z grzeczności zjesz wafelki, cukierki, których nie cierpisz? Częstujący może się nie zorientować, że nie lubisz i specjalnie dla Ciebie zakupi większą ilość tych smakołyków. Wtedy brak odmowy będzie kosztował jedzącego dyskomfort, kupującego - zmarnowane pieniądze.
Odmowa to postawienie granicy. Drugi człowiek dowiaduje się od nas prawdy. Kiedy godzimy się na coś z zaciśniętymi ze złości zębami - kłamiemy, a ten drugi wcale nie musi zauważyć, że ta przysługa jest wymuszona. Jeśli zakomunikujemy: nie chcę, nie zrobię, nie przyjdę, nie pożyczę, nie przekażę, nie pozwolę spisać - postawimy granicę. Oczywiście odmawianie też pamięta o dobrym wychowaniu – wcale nie trzeba sprawiać, żeby komuś aż w pięty poszło, żeby popamiętał, że cudzej pracy się nie wykorzystuje. Wystarczy powiedzieć tak, by zrozumiał. Odmawiać bardzo grzecznie jest bezpieczniej. Pewniej dla wspólnej relacji, bo przecież Patrycja, która psuje kolczyki, poza tym jest świetną koleżanką, a z Michałem, który gubi pożyczone płyty, wspaniale się rozmawia. Toteż kiedy odmawiasz, trzymaj się faktów - powiedz rozmówcy, czego nie zrobisz. Nie szukaj wykrętów. Kiedy kolega pyta, czy pójdziesz do niego po lekcjach, nie udawaj, że głowa Cię boli, że lekcji dużo zadali. Powiedz wprost: nie przyjdę dziś do Ciebie. To „dziś” jest ważne, jeśli go nie dodasz, kolega może uznać, że nigdy już nie zamierzasz go odwiedzić. Nie pożyczę Ci „Harrego Pottera” oznacza konkretnie, że na inne przysługi z mojej strony możesz liczyć.
Odmowa nie musi być sucha i bezduszna jak pisma urzędowe. Warto dodać coś, co pokaże proszącemu, że go nie odrzucasz. „Bardzo Cię lubię, ale nie pożyczę Ci płyty”. „Nie przyjdę do Ciebie dzisiaj, ale jutro możemy się spotkać”. „Lubię z Tobą rozmawiać, ale nie próbuj mnie zagadywać na lekcji, ponieważ chcę słuchać, a to mnie rozprasza”.
Bardzo trudno powiedzieć „nie”, kiedy jesteśmy w grupie. To prawda, że w tłumie siła. Kiedy rówieśnicy lub starsi mówią, że coś jest dobre, mimo wahań godzimy się na to, czego nie zrobilibyśmy, decydując w samotności. Przecież nikt nie chce wyjść na odmieńca, dziwaka, który nie wie, co modne, nie ma pojęcia, jak się bawić, który słucha starych zasad rodziców i wychowawców. I nawet jeśli w głębi serca uważa te zasady za właściwe, podporządkuje się grupie, żeby nie zostać wykluczonym, wyśmianym, wytkniętym palcem na szkolnym korytarzu lub skomentowanym w Internecie. Pamiętaj, że w grupie masz takie same prawa jak inni. Możesz składać propozycję i odmawiać. Inaczej po co Ci taka paczka, która nie akceptuje odmiennego zdania i szykanuje, gdy nie podporządkujesz się jej całkowicie?
Odmawianie indywidualnemu rozmówcy i grupie to przydatna umiejętność, jak znajomość języka obcego, matematyki i zasad ortografii.
Odmowa to rzecz święta,
kiedy trafiasz na natręta,
a nawet od przyjaciela
niech cię czasem „nie” oddziela.

zaznacz i zamknij wróć do góry



Ciekawostki

Niegłupia gęś
W kluczach gęsi, które późną jesienią latają nad Polską dominują przedstawiciele 2 gatunków. Jeden to gęsi zbożowe, które gniazdują bliżej nas, bo w Finlandii, Szwecji i na Syberii. Drugi to gęsi białoczelne, które zakładają gniazda w pasie tundry od Półwyspu Kolskiego, przez Nową Ziemię, aż po Alaskę. Białoczelne są mniejsze i słabsze, więc zimę wolą spędzać w Holandii, Belgii i w Niemczech, gdzie klimat jest nieco cieplejszy. Większe i silniejsze gęsi zbożowe nawet w mroźne dni można spotkać w całej zachodniej Polsce.
Wydaje się, że gęsi to ptaki bardzo towarzyskie, bo zwykle oglądamy je w wielkich, nawet kilkudziesięciotysięcznych, stadach. Jak się jednak bliżej przyjrzeć, to okazuje się, że stada tworzą pojedyncze rodziny zawzięcie konkurujące o kawałek pola czy stawu.
Na Dalekiej Północy gęsi gniazdują w dużym rozproszeniu. Każda para ma swoje terytorium, którego broni przed innymi rodzinami. Pary łączą się z sobą na całe życie, czyli praktycznie do śmierci któregoś partnera. Gęsie rodziny są wielopokoleniowe, obejmują również dziadków i wnuków. Głos decydujący ma samica, bo para zakłada gniazdo blisko miejsca, gdzie samica się wykluła.
Towarzyskie stają się tuż po lęgach, i to z konieczności. Trzeba pamiętać, że jesienią, zimą i wiosną niektóre z nich przelecą w sumie nawet kilkadziesiąt tysięcy kilometrów. Na takich dystansach bardziej opłaca się latać w dużej grupie niż w parze. Do takiej wyprawy potrzebują też piór dobrej jakości. Remont generalny upierzenia zaczyna się od wypadnięcia piór zapewniającym skrzydłom siłę nośną, czyli lotek. Przez następne 5-6 tygodni ptaki w ogóle nie mogą latać. Wtedy mogłyby stać się łatwą ofiarą drapieżników. Bezpieczeństwa szukają więc w towarzystwie innych gęsi. Na takim pierzowisku ptaki nie tylko zmieniają lotki, ale także intensywnie jedzą, nabierają sił i łączą się w stada, w których wyruszą na zimowe pastwiska.
Lot w kluczu w kształcie litery V nie jest przypadkowy – pozwala oszczędzać sporo sił. Pierwsza gęś rozcina powietrze, a lecące za nią ptaki pokonują już o wiele mniejszy opór powietrza. Ptak z czoła klucza jest w trakcie lotu zmieniany przez bardziej wypoczętych towarzyszy.
Warto zaznaczyć, że podobnie lata wiele innych gatunków. Układ ten wykorzystuje także lotnictwo wojskowe, zwiększając dzięki temu zasięg lotniczych eskadr.

Zagadka mamuciej śmierci
Mamuty to wymarły gatunek prehistorycznych słoni. Wiemy o nich dużo, bo ich skamieniałe szczątki znajduje się dość często również na terenie Polski. Znaleziska całych szkieletów są jednak rzadkie. Natomiast na Syberii i Alasce znajdowane są świetnie zachowane mamuty, w całości zakonserwowane w wiecznej zmarzlinie. Przy okazji warto się dowiedzieć, że wieczną zmarzlinę – skałę zamrożoną na głębokości 357 metrów pod powierzchnią ziemi – odkryto w okolicy Udrynia i Szypliszek na Suwalszczyźnie. To pozostałość tak zwanego zlodowacenia Wisły sprzed 13 tysięcy lat. To jedyne miejsce w Europie Środkowej, gdzie występuje takie zjawisko.
Budowa mamutów była masywna, a ciało ich pokrywał długi, gęsty włos. Wyróżniały się wielkimi ciosami, czyli górnymi siekaczami, a ich zęby trzonowe przystosowane były do rozcierania pokarmu roślinnego. Żyły w dużych stadach. W okresie lodowcowym zamieszkiwały Europę, północną Azję oraz Amerykę Północną. Około 14 tysięcy lat temu mamuty przeniosły się na północną Syberię, gdzie ostatecznie wyginęły przed 4 tysiącami lat.
Nad przyczynami wymarcia mamutów zastanawiano się od dawna. Łączono to na przykład z upadkiem gigantycznego meteorytu na Syberię, albo z myśliwskimi zapędami człowieka. Ostatnio przeważa jednak inna teoria. Zespół angielskich naukowców stworzył komputerową symulację roślinności porastającej Europę, Azję i Amerykę Północną w ostatnich 42 tysiącach lat. Wynika z niej, że mamuty wymarły, ponieważ następstwem zlodowacenia przed 21 tysiącami lat było radykalne zmniejszenie się obszaru rozległych trawiastych pastwisk, na których żerowały te potężne zwierzęta. W erze polodowcowej nastąpiła ekspansja lasów, które nie były przyjaznym środowiskiem dla mamutów. To jeszcze jeden dowód, że w problematyce ochrony zwierząt główne miejsce zajmuje kwestia ich naturalnych siedlisk.

Ptasie osobliwości
Szlamnik, ptak z rodziny bekasowatych, pokonał trasę z Nowej Zelandii na Alaskę, czyli 11 tysięcy kilometrów, bez przystanku. Tak długi lot bez odpoczynku to nie lada sztuka. Oprócz umiejętności potrzebna jest też wytrwałość. Szwedzcy badacze prześledzili drogę ptaków, nie wiedzą jednak jak ptaki nawigują. Wiadomo natomiast, że gniazdują na Alasce, a zimują w Nowej Zelandii.
Na wyspie Flores w Archipelagu Malajskim, tam gdzie w 2003 roku odkryto kopalnego człowieka z Flores, zwanego hobbitem z racji niewielkiego wzrostu, znaleziono skamieniałe kości bociana giganta. Olbrzymi ptak żył 20-50 tysięcy lat temu. Miał wysokość 180 centymetrów, a ważył około 16 kilogramów.
W Chile natomiast odnaleziono szczątki ptaka największego w historii. Rozpiętość jego skrzydeł wynosiła aż 520 centymetrów. Wewnątrz dzioba zwierzęcia zachowały się ostre kształty przypominające uzębienie. Ten wielki, zębaty ptak żył 5-10 milionów lat temu.
W Argentynie 6 milionów lat temu żyły nieloty z dziobem wielkim jak topór. Miały 140 centymetrów wysokości i ważyły około 40 kilogramów. Były groźnymi drapieżnikami, bo po mistrzowsku posługiwały się śmiercionośną bronią, jaką były ich monstrualne dzioby. Celnie trafiona ofiara nie była w stanie przetrwać ciosu. Skutek musiał być podobny do uderzenia toporem.

zaznacz i zamknij wróć do góry



Coś pysznego: I deser z głowy!

Ta wielka głowa, pusta w haloween, w inne dni kryje w sobie ciekawe wnętrze. Pełne słonecznych barw, smaków dzieciństwa, zapachów lata… I choć w naszej kuchni dynię najczęściej przerabia się na zupę lub marynuje w occie, można ją podać na tysiące sposobów. Co powiecie na wersję „na słodko”, jako lekarstwo na jesienną „deprechę”. Jej deserowe oblicze powinno przekonać wszystkich, nawet tych, którzy na widok zupy dyniowej uciekają gdzie pieprz rośnie.

Ciasto na niepogodę
Składniki (na tortownicę o średnicy 20 cm, gdy chcemy upiec dużą blachę, trzeba podwoić podane ilości):
250g obranej dyni;
2 jajka;
150 ml oleju rzepakowego (2/3 szklanki);
180g mąki pszennej (czubata szklanka);
140g cukru (trochę ponad pół szklanki);
1 łyżeczka proszku do pieczenia;
1/2 łyżeczki sody;
1 łyżeczka cynamonu;
szczypta soli;
szczypta gałki muszkatołowe;
garść pestek dyni;
cukier puder (do posypania).

Przygotowanie:
Obraną dynię pokrój w kostkę i ugotuj do miękkości w niewielkiej ilości wody. Poczekaj, aż przestygnie. Jeśli jest to możliwe, odlej wodę, a następnie zmiksuj dynię, najlepiej blenderem.
Formę wyłóż papierem do pieczenia. Włącz piekarnik, ustawiając go na temperaturę 180 stopni.
W misce wymieszaj sypkie składniki (mąkę, cukier, proszek i przyprawy). W drugim (głębokim) naczyniu zmiksuj jajka, olej i piure z dyni. Dodaj sypkie składniki i chwilkę miksuj na średnich obrotach. Ciasto przelej do formy, posyp z wierzchu pestkami. Piecz około 30-40 minut. Przed podaniem oprósz cukrem pudrem.

Kremowy mus
Składniki:
pół kg dyni (już obranej);
100g białej czekolady;
100 ml śmietanki 30%.

Przygotowanie:
Dynię obierz, usuń pestki i gąbczasty miąższ. Pokrój ją w kostkę, włóż do garnka, zalej niewielką ilością wody i ugotuj do miękkości. Gdy przestygnie, zmiksuj ją na piure. W tym czasie roztop czekoladę połamaną na kawałki (najłatwiej w mikrofalówce). Połącz czekoladę z dyniowym piure – oba składniki powinny być ciepłe, aby z czekolady nie powstały grudki. Połączoną masę wystudź. Ubij śmietankę i delikatnie wymieszaj ją z zimną dyniową masą. Zjadaj od razu po przygotowaniu.

Dżem z dyni i pomarańczy
Składniki:
1,5kg dyni (już obranej);
1kg pomarańczy;
400g cukru;
pół łyżeczki gałki muszkatołowej;
mała łyżeczka cynamonu.

Przygotowanie:
Dynię obierz, usuń pestki i gąbczasty miąższ. Pokrój ją w kostkę, włóż do garnka i zasyp cukrem. Zostaw na godzinkę, aby dynia puściła sok. Następnie gotuj ją na małym ogniu, co jakiś czas mieszając. Kiedy dynia powoli zacznie się rozpadać, dorzuć do niej obrane i pokrojone w kostkę pomarańcze. I wciąż trzymaj na małym ogniu, do momentu kiedy dynia i pomarańcze się rozgotują, a sok odparuje. Przypraw gałką i cynamonem. Jeszcze gorące ostrożnie przełóż do dokładnie wymytych ciepłą wodą słoików. Każdy z nich mocno zakręć i odstaw do góry dnem, aby lepiej się zawekowały.

zaznacz i zamknij wróć do góry



Językowe potyczki: Z głupia frant - KROPKA

Odezwać się lub zapytać z głupia frant oznacza, że ktoś sprytnie udaje, że nie wie, w czym rzecz, pyta więc jak gdyby nigdy nic. Słowem, jest spryciarzem pozorującym naiwność, aby wydobyć potrzebne mu informacje albo by po prostu zakpić sobie z kogoś. Zdarza się też, że trafia frant na franta, czyli swój na swego, albo mówiąc inaczej trafiła kosa na kamień.
Frant to była popularna w XVI-XVII wieku postać kawalarza i spryciarza, który udaje głupca. Podobno było ich pełno na ulicach i na dworach. Najsławniejszy z nich był chyba Stańczyk, nadworny błazen trzech Jagiellonów: Aleksandra, Zygmunta Starego i Zygmunta Augusta. Potrafił on niewinnym z pozoru słówkiem wytknąć królowi popełnione przez niego błędy. Żart, zwłaszcza inteligentny, łatwiej było przełknąć, a nauczka nie była tak dotkliwa.
Taki filut, łgarz, oszust, birbant, hulaka, cwaniak był wszechobecny w literaturze sowizdrzalskiej. W XVI wieku frant oznaczał nawet po prostu pisarza humorystę. Dlatego Mikołaj Rey użył go jako pseudonimu: Frant Kaszota. W XVII wieku humoryści sowizdrzalscy i bakalarze krakowscy żartobliwie nazywali się cechem frantowskim, na wzór cechów szewskich czy krawieckich.
Co ciekawe, frant pochodzi z języka czeskiego i jest skrótem od imienia Frantiszek. Oznaczało to tam błazna, głupca, odpowiednika naszego głupiego Jasia.

zaznacz i zamknij wróć do góry



Kryptozoologia – na tropie legend - PRZEMYSŁAW BARSZCZ

Poszukiwaniem legendarnych, mitycznych stworzeń, które wymykały się dotychczas oficjalnej nauce, zajmuje się najbardziej fascynująca gałąź zoologii, mająca często tyle samo wspólnego z naukami przyrodniczymi co z awanturniczymi wyprawami łowców przygód.
Za twórcę terminu „kryptozoologia”, przez niektórych nieuznawanej wręcz za naukę, uchodzi Bernard Heuvelmans - przyrodnik, podróżnik i pisarz, autor niezwykłego dzieła „Na tropie nieznanych zwierząt”, książki, którą powinien przeczytać każdy przyrodnik.
Wyprawy badawcze kończyły się nieraz fiaskiem, w niektórych przypadkach dotarłszy jedynie do legendy. Niejednokrotnie jednak owocem ich było odkrycie u źródeł mitu nowego, niezwykłego gatunku – jak miało to miejsce w przypadku goryla.
Powtarzane uporczywie od czasów starożytnych opowieści żeglarzy o plemionach włochatych, czarnych olbrzymów czekały na naukowe wyjaśnienie dwa i pół tysiąca lat. Dopiero w XX wieku do oficjalnego spisu fauny świata dołączyły największe znane małpy człekokształtne – goryl nizinny i goryl górski. Być może kiedyś nauka pozna małpoluda, stojącego za opowieściami o yeti. Bezkresne przestrzenie Himalajów kryją zapewne niejedną tajemnicę. A może mityczny człowiek śniegu to gigantopithecus – olbrzym, dorastający 3 metrów wysokości i osiągający ponad 500 kilogramów wagi, który żył na terenach dzisiejszych Chin i Indii jeszcze trzysta tysięcy lat temu?
Historia zoologii zna wydarzenia, gdy ponownie odnajdywano gatunki uznane za wymarłe od niepamiętnych czasów. Tak było w przypadku latimerii, prehistorycznej ryby trzonopłetwej. Latimeria znana była ze skamieniałości sprzed milionów lat. Świat nauki doznał szoku, gdy okazało się, że latimerie poławiane są współcześnie przez afrykańskich rybaków i można kupić je na… targu rybnym, co uczyniła pani Latimer. Ta kustosz muzeum, z pomocą przyjaciela profesora uniwersytetu w Rodezji, opisała gatunek, użyczając mu swojego nazwiska.
Czy syberyjska tajga kryje ostatniego władcę epoki lodowcowej – mamuta? Jeżeli latimerie pływają w toni Oceanu Indyjskiego od 65 milionów lat, być może bezkresne lasy Syberii mogłyby być schronieniem mamutów. Ostatnie osobniki żyły z pewnością w tym rejonie zaledwie kilka tysięcy lat temu i nie brakuje świadków, którzy twierdzą, że widzieli te zwierzęta żywe lub napotykali ich olbrzymie tropy.
O tym, że świat kryje nadal wiele tajemnic, świadczy na przykład odnaleziona zaledwie 25 lat temu w rzece Mekong olbrzymia słodkowodna płaszczka, dorastająca 5 metrów średnicy i osiągająca 600 kilogramów wagi.
Jeżeli więc dotychczas nie odnaleziono yeti, Wielkiej Stopy, Nessi w Loch Ness, ani Tatzelwurma w alpejskich jaskiniach, nie znaczy to, że nie warto szukać. Na początek można jeszcze raz przestudiować legendy i przejrzeć zakurzone, muzealne zbiory, a może natrafimy na trop zagadki…

zaznacz i zamknij wróć do góry



Cooltura: Klub nieobecnyc - KONRAD ZYCH

Znamy takie sytuacje z seriali komediowych i hollywoodzkich filmów. Grupka „normalsów” próbuje dostać się do najmodniejszego klubu w mieście, by choć przez chwilę otrzeć się o wielki świat pięknych modelek, gwiazd sportu, muzyki czy kina. Niestety, nie dane jest im zakosztować życia celebrytów...
Na ich drodze staje napakowany ochroniarz, który nie bacząc na prośby i groźby spragnionych rozrywki nieudaczników, zatrzaskuje im przed nosem drzwi. Bohaterowie muszą wykazać się nie lada sprytem, by w końcu wejść na zabawę, co prowadzi zazwyczaj do wielu komicznych zdarzeń.

Pechowa liczba
Istnieje jednak klub, do którego nikt nie chciałby się dostać, mimo iż tworzą go najwięksi muzycy XX i XXI wieku. Brian Jones, Jim Morrison, Janis Joplin, Jimi Hendrix, Kurt Cobain, Amy Winehouse – to jego oficjalni członkowie. A było przecież wielu, wielu innych… Choćby wokalista świetnej (i działającej do dziś) grupy bluesowej Canned Heat, Alan „Blind Owl” Wilson. Albo klawiszowiec legendarnego zespołu ery hipisowskiej, Grateful Dead – Ron „Pigpen” McKernan. Czy basista „pradziadków” punk rocka, The Stooges – Dave Alexander. Niektórzy do tego grona zaliczają także zaginionego w lutym 1995 roku gitarzystę Manic Street Preachers, Richeya Jamesa Edwardsa. Część z was pewnie się już domyśliła o jaki „klub” chodzi.
Klub 27, znany też pod angielską nazwą Forever 27 club, to nie kolejny modny lokal na imprezowej mapie Londynu, Nowego Jorku czy Los Angeles. W ten sposób część dziennikarzy określa grupę muzyków, którzy w różnych okolicznościach odeszli z tego świata, licząc sobie – ni mniej, ni więcej – tylko 27 lat. Czemu akurat 27? Tego nie wiadomo. Faktem jest jednak, że było ich zadziwiająco wielu… Brzmi jak kolejna teoria spiskowa? Coś jest na rzeczy.

Pakt z diabłem
Choć „oficjalnie” klub liczy tylko sześciu „członków”, liczba muzyków, którzy zmarli w wieku 27 lat wciąż rośnie. Niedawno do tego grona dołączyła wokalistka metalowego Visions of Atlantis Nicole Bogner. Jednym z pierwszych, którzy się w nim znaleźli był natomiast legendarny amerykański bluesman Robert Johnson. Niewiele o nim wiadomo. Niektórzy twierdzą, że marząc o wielkiej karierze, podpisał… pakt z diabłem. Ceną sukcesu miało być rodzinne szczęście muzyka. Wygląda jednak na to, że władca piekieł nie wywiązał się z umowy. Za życia Johnson nie zdobył wielkiej popularności. Również jego muzyczny dorobek nie jest zbyt pokaźny. Muzyk pozostawił po sobie tylko 29 utworów. Mimo to w opublikowanym w 2003 roku przez magazyn „Rolling Stone” rankingu „100 najlepszych gitarzystów w historii” zajął... 5 miejsce! Do inspiracji jego muzyką przyznawali się tak różni artyści, jak Bob Dylan, Jimi Hendrix czy Red Hot Chili Peppers. Eric Clapton zaś (nr 4 na liście „Rolling Stone’a”) nazwał go najważniejszym bluesowym gitarzystą jaki kiedykolwiek żył. A żył niedługo. Dokładnie 27 lat i 100 dni. O jego śmierci też krążą zresztą legendy. Podobno muzyk został otruty przez zazdrosnego męża kobiety, z którą flirtował…
„Właściwa” historia Klubu 27 zaczyna się jednak 31 lat później. Wtedy muzyczny świat obiegła wiadomość o tragicznej śmierci gitarzysty słynnych The Rolling Stones, Briana Jonesa. Ciało młodego muzyka (liczącego sobie wówczas 27 lat i 125 dni) znaleziono w basenie na terenie jego własnej posiadłości. Do dziś nie wiadomo, co się właściwie stało. Jedna z teorii mówi, że został zamordowany przez robotnika, który dla niego pracował. Mężczyzna nigdy nie przyznał się jednak do winy. Pikanterii sprawie dodaje fakt, że niecały miesiąc wcześniej Jones przestał być członkiem The Rolling Stones (choć jego konflikt z pozostałymi muzykami trwał od wielu miesięcy). Mick Jagger i Keith Richards, dwaj liderzy słynnego zespołu, nie pojawili się nawet na pogrzebie dawnego kolegi…

Wielcy nieobecni
Wkrótce Klub powiększył się o kolejnych członków. Nieco ponad rok później w mediach zawrzało: największy gitarzysta świata nie żyje! Jimi Hendrix – legenda festiwalu Woodstock, do dziś uznawany za mistrza rockowej (i nie tylko rockowej) gitary – zmarł po przedawkowaniu środków nasennych (tego wieczora zamiast, jak zwykle, dwóch – wziął dziewięć tabletek). Podczas snu zaczął krztusić się własnymi wymiotami. W chwili śmierci miał 27 lat i 295 dni. Nieszczęśliwy wypadek? Morderstwo? Samobójstwo? Okoliczności jego śmierci wydają się równie tajemnicze, jak historia Briana Jonesa. Jak podała policja, nieprzytomnego muzyka znaleziono w jego pokoju hotelowym. Podobno żył jeszcze w drodze do szpitala. Jego ówczesna dziewczyna wezwała karetkę, gdy tylko zaczął się krztusić. Kiedy jednak pomoc dotarła na miejsce, w środku nie było nikogo poza odurzonym Hendrixem. Drzwi do pokoju były otwarte na oścież...
Świat show biznesu nie zdążył ochłonąć, kiedy – zaledwie 16 dni później – do publicznej wiadomości podano informację o śmierci kolejnej legendy Woodstocku, Janis Joplin. Obdarzona charakterystyczną chrypką wokalistka zmarła w hotelowym pokoju zaledwie kilka miesięcy przed premierą swojej drugiej (i do dziś uznawanej za najlepszą) płyty solowej – „Pearl”. To z niej pochodzą tak wielkie przeboje, jak „Cry Baby”, „Me and Bobby McGee” czy zaśpiewany a capella (czyli bez akompaniamentu instrumentów) „Mercedes Benz”. Przyczyną śmierci było przedawkowanie narkotyków. I znów ta nieszczęsna liczba: 27 lat i 258 dni!
Magia liczb po raz kolejny dała o sobie znać niecały rok później. Jej ofiarą padła inna ikona popkultury: uznawany za jednego z poetów rocka wokalista The Doors, Jim Morrison. Okoliczności śmierci piosenkarza, podobnie jak w przypadku Jonesa i Hendrixa, nie są do końca jasne. Oficjalnie mówiło się o ataku serca, nieoficjalnie wspominano o przedawkowaniu narkotyków. Muzyk, którego ciało znaleziono w wannie, miał pomylić heroinę z kokainą. Tak jak jego „poprzednicy” (i „poprzedniczka”) po śmierci stał się legendą. Grób muzyka na paryskim cmentarzu Pere-Lachaise do dziś jest miejscem „pielgrzymek” fanów z całego świata. I tylko jedno daje do myślenia. W chwili śmierci Jim miał 27 lat i 207 dni. Już wtedy niektórzy zwrócili uwagę na zastanawiające podobieństwo zgonów słynnych muzyków. Nikt jednak nie mówił o Klubie 27. Na to trzeba było poczekać prawie 23 lata...

Lepiej spłonąć
…a dokładniej do 5 kwietnia 1994 roku, kiedy świat obiegła kolejna szokująca wiadomość. Kurt Cobain, idol nastolatek i lider najpopularniejszego wówczas zespołu rockowego – grunge’owej Nirvany, popełnił samobójstwo. Muzyk postrzelił się w swoim domu nad Jeziorem Waszyngtońskim. Zespół był wtedy u szczytu popularności. Jego dwie kolejne płyty – bestsellerowa „Nevermind” i eksperymentalna „In Utero” – wspięły się na szczyty list przebojów i wraz z wydaną po śmierci wokalisty koncertówką „MTV Unplugged In New York” zaliczane są do najlepszych dokonań rocka lat 90. Dla nikogo nie było jednak tajemnicą, że wokalista nie radził sobie z sukcesem. Rosnąca popularność Nirvany i towarzysząca jej moda na grunge zbiegły się w czasie z poważnymi dolegliwościami żołądkowymi muzyka i uzależnieniem od narkotyków, którymi próbował uśmierzyć ból. Do problemów ze zdrowiem doszły kłopoty rodzinne (wokaliście i jego żonie, piosenkarce Courtney Love, na jakiś czas odebrano prawo do opieki nad córką). Pogrążony w depresji muzyk nie widział dla siebie ratunku.
Próby samobójcze podejmował dwukrotnie. Pierwsza, zakończyła się trwającą 20 godzin śpiączką. Wówczas udało się go uratować. Niestety, druga, podjęta niemal miesiąc później, okazała się skuteczna. Muzyk zostawił list pożegnalny, w którym cytował tekst piosenki swojego idola, Neila Younga: „Lepiej spłonąć niż się wypalić”. Uwagę mediów przykuła jednak inna wypowiedź. „Już go nie ma i dołączył do tego głupiego klubu” – powiedziała matka piosenkarza. Podobno miała na myśli dwóch wujków wokalisty, którzy również popełnili samobójstwo. Dziennikarze zinterpretowali jednak jej słowa po swojemu: Kurt Cobain był gwiazdą rocka i odszedł w tym samym wieku, co Brian Jones, Jimi Hendrix, Janis Joplin i Jim Morrison. Liczby nie kłamały: 27 lat i 44 dni. Niektórym to wystarczyło, by wykluczyć przypadek. Klub 27 stał się faktem (nawet jeśli był to tylko fakt medialny).
Ostatnią, jak dotąd, jego ofiarą stała się wokalistka soulowa Amy Winehouse. Podobno kilka lat wcześniej artystka przyznała, że boi się umrzeć w wieku 27 lat. Jak więc do tego doszło? Scenariusz wyglądał podobnie, jak w przypadku Kurta Cobaina czy Janis Joplin: rosnącej popularności i coraz większym sukcesom muzycznym (jej druga płyta, „Back to Black”, okazała się najchętniej kupowanym albumem roku 2007), towarzyszyło uzależnienie od alkoholu i narkotyków oraz kłopoty w życiu osobistym. Wokalistka nie radziła sobie ze sławą. W okresie swoich największych sukcesów publicznie przyznała, że cierpi na depresję. Mimo to nie przerwała koncertów. Choroba w świetle reflektorów? To nie mogło skończyć się dobrze. Ostrzeżeniem był nieudany występ w Belgradzie, którym piosenkarka zainaugurowała europejską trasę koncertową. Artystka wyszła na scenę pod wpływem alkoholu. Miejscowa prasa określiła koncert jako „najgorszy w historii miasta”. Niestety, nikt nie przyszedł gwieździe z pomocą. Miesiąc później stało się to, czego wszyscy (łącznie z samą Amy) najbardziej się obawiali. 23 lipca 2011 roku Klub 27 powiększył się o kolejną kobietę. Drugą z tak niezwykłym głosem. Magia liczb okazała się nieubłagana: 27 lat i 312 dni.

*
.
Zwykły zbieg okoliczności? A może, jak chcą zwolennicy teorii spiskowych, coś więcej niż tylko „przypadek”? Nawet jeśli nigdy nie poznamy odpowiedzi, pamiętajmy o jednym: w listopadzie zapalmy świecę i za tych, którzy już nigdy nie ucieszą nas nową muzyką.

zaznacz i zamknij wróć do góry



W poszukiwaniu światła

„Z Ciebie i tak nic nie będzie!” – mówiła do niej nauczycielkjęzyka niemieckiego. Z podobną pogardą potraktowali ją rodzice Kazimierza – chłopaka, w którym Marynia z wzajemnością się zakochała. „Żenić się chcesz?! Z nią? Z taką miernotą, z nędzną guwernantką, bez grosza przy duszy? Ciebie stać na więcej!” – mówili do syna. Gdyby wiedzieli, jak bardzo się mylą…
Marynia – skromna i poważna dziewczynka – wyrosła na Marię Curie-Skłodowską, wybitną chemiczkę i fizyczkę, dwukrotną laureatkę Nagrody Nobla.
Jaka była najwybitniejsza polska uczona jako dziecko i młoda dziewczyna? Czy miała w szkole same piątki? Jak doszło do tego, że została naukowcem? Dokąd wyjechała w podróż poślubną? – tego wszystkiego dowiesz się sięgając po książkę Anny Czerwińskiej-Rydel pt. „W poszukiwaniu światła. Opowieść o Marii Curie-Skłodowskiej”.
Biografia ta jest najlepszym dowodem na to, że by osiągnąć sukces, trzeba mieć pasję, a potem stawiać sobie cele i uparcie do nich dążyć.
Marynia ciągle „siedziała w książkach”, ale nie była typowym kujonem - nie zakuwała, by po klasówce zapomnieć. Ona naprawdę się uczyła: chciała wiedzieć, znać przyczyny różnych zjawisk, rozwiązywać zadania, ciągle poszukiwać odpowiedzi, poznawać świat i pokonywać granice swoich możliwości. Nauczył ją tego tata – nauczyciel matematyki i fizyki i - jak się przekonasz w trakcie lektury – cudowny, ciepły człowiek.
Poznasz też siostry i brata Maryni, jej dwie miłości i przyjaciół. Słowem - książka przeprowadzi Cię przez całe życie Noblistki, czasem rozbawi, może zainspiruje, ale zapewne też przysporzy powodów do smutku. Bo w biografii Skłodowskiej nie brak momentów trudnych i w jej charakterze też jest coś, co trudno jednoznacznie ocenić. Jaka była silna! Ile wytrzymała, by dojść na szczyt! A z drugiej strony – dlaczego była tak uparta? Dlaczego nie dbała o siebie? Pytań będzie wiele, to w końcu wciąż poszukiwanie światła.

Książka, wydana w druku przez Wydawnictwo Muchomor, ukazała się również w formie audiobooka za sprawą Akademii Rozwoju Wyobraźni Buka (czyta Anna Dymna).

zaznacz i zamknij wróć do góry



Kobieta za-RAD-na - MARTA SKROBACKA

Świat zna ją jako wybitnego naukowca, zdol­ną fizyczkę i chemiczkę; pierwszą kobietę z tytułem profesora wykładającą na Sorbonie. Podwójna noblistka, żona fizyka Piotra Curie, jedna z najbardziej znanych kobiet na świę­cie. Jaka była naprawdę Maria Skłodowska-Curie, feministka, skandalistka, bohaterka jednego z najgłośniejszych romansów swej epoki?
Dzieciństwo i młodość
Maria Skłodowska urodziła się 1867 roku w Warszawie. Była najmłodszą z pięciorga dzieci państwa Skłodowskich. Już w dzieciństwie Maniusia wyróżniała się ponad­przeciętną pamięcią. W domu zabawy miały głównie charak­ter edukacyjny. Loteryjka służyła do nauki historii, klocki do nauki geografii. Zna­ła pięć języków, interesowała się psychologią, socjologią i naukami ścisłymi. W 1883 ukoń­czyła z wyróżnieniem gimnazjum rządowe uzyskując złoty medal. Przez rok kształciła się na nielegalnym Uniwersytecie Latającym. W wieku 18 lat obję­ła posadę guwernantki na wsi pod Płockiem, aby opłacić naukę swej siostry Bronisławy. W 1891 roku spełniły się jej marzenia - zapisała się na wydział przyrodniczy Sorbony.
„Jestem z tych, którzy wierzą, że Nauka jest czymś bardzo pięknym"
Dalsza kariera Marii potoczyła się błyskawicz­nie. W Paryżu otrzymała licencjat nauk fizycz­nych i pracowała dla Towarzystwa Popierania Przemysłu Krajowego we Francji wykonując badania z zakresu magnetyzmu stali. W 1895 roku poślubiła fizyka francuskiego Piotra Cu­rie. W 1898 roku odkryli pierwszy pierwiastek promieniotwórczy - polon. Kilka miesięcy później poinformowali o odkryciu radu. W 1903 roku wspólnie z mężem otrzymała na­grodę Nobla. Po śmierci Piotra (Piotr Curie zginął pod kołami wozu cięża­rowego w 1906 roku) Maria przeję­ła po nim katedrę i stała się pierwszą kobietą wykładającą na Sorbonie.. W 1911 roku odebrała drugą nagrodę Nobla. Otwo­rzyła pierwszą w Polsce pracownię radiolo­giczną. W Paryżu rozpoczęła budowę Insty­tutu Radowego. Wybuch wojny doprowadził do zamknięcia zakładu. Rad Maria wywiozła do Bordeaux. Stworzyła ruchome stacje rent­genowskie i bardzo szybko przeniosła się na front. Dzięki jej prześwietleniom tysiące żołnierzy odzyskało zdrowie. W 1934 roku stała się ofiarą sweju kochanej nauki. Wycieńczona chorobą umarła na białaczkę, którą spowodowało silne napromieniowanie organizmu. Po jej śmierci, jeden z największych uczonych A. Einstein, pi­sał, że była ona jedynym nie zepsutym przez sławę człowiekiem, spośród tych, z którymi przyszło mu pracować.
Przede wszystkim kobieta
Swoim uporem i determinacją Maria Skło­dowska dawała siłę wielu kobietom i dziew­czętom. To właśnie ta skromna Polka zosta­ła pierwszą kobietą-profesorem w historii Sorbony. To ona w czasie wojny, jako jedna z pierwszych zrobiła prawo jazdy na samo­chód. Wraz z mężem udała się w rowerową podróż poślubną. Zakładała trykotowy strój kąpielowy i bez skrępowania szła pływać razem z mężczyznami. Mimo pogodnego usposo­bienia, w chwilach zdenerwowania potrafiła wrzeszczeć i przeklinać. Córka jej wspomina, że miała wiele twarzy. Była świetną kochanką. Mężczyźni wypowiadali się o jej niezwykłym uroku. Ein­stein twierdził, że tyle erotyzmu, co u Marii, nie widział w żadnej kobiecie. Podkochiwali się w niej nawet studenci. Jej ślub cywilny z Piotrem Curie został zane­gowany przez rodzinę z powodów religij­nych. Mimo to, państwo Curie stanowili uda­ny związek. Wspólne życie przyniosło im nie tylko Nagrodę Nobla, ale także dwie córki: Ire­nę i Ewę. Irena poszła w ślady matki i została naukowcem. Dostała Nobla za odkrycie zjawi­ska sztucznej promieniotwórczości. Ewa była typem kobiety-humanistki. Maria podobno była bardzo dobrą matką. Córki były dla niej najważniejsze. Podobno badania nad polo­nem i radem skończyłaby o wiele wcześniej, ale Irenie wyrzynały się kolejne zęby, stąd pomysł, by zabrać ją na wakacje do Orwenii. Po śmierci męża związała się z Paulem Lan- gevinem. Paul był znajomym Piotra i Marii. Zwyczajna znajomość przerodziła się w miłość. Romans trwał tylko sześć miesięcy, ale odbił się na całym późniejszym życiu Marii. Ukazał się nawet artykuł„Historia miłosna. Pani Curie i profesor Langevin". Cała Francja krzyczała, że cudzoziemka niszczy małżeństwa i kradnie mężów. W związku z tą historią poproszono ją nawet o to, by nie przyjeżdżała po odbiór Nagrody Nobla, bo mogłoby to wzbudzić nie­potrzebny skandal.
„Urodziłam się w Warszawie..."
Była patriotką. Mimo że większość życia spę­dziła we Francji, bardzo żywą miłością otacza­ła Polskę. Każde swoje przemówienie zaczy­nała od słów „Urodziłam się w Warszawie..." Jej zdobywanie wiedzy łączyło się z dążeniem do pokazania innym skąd pochodzi. Oddała szacunek swej ojczyźnie nazywając nowy pierwiastek polonem. Po jej śmierci Ignacy Mościcki wypowiedział słowa: „Polska traci w śp. Pani Curie-Skłodowskiej nie tylko uczo­ną, ale i wielką obywatelkę, zawsze przez całe życie czujnie stojącą na straży interesów swojego narodu." Dla wielu osób Maria Curie- Skłodowska jest tylko naukowcem-noblistą. W 2009 roku magazyn „New Scientist" uznał ją za największą kobietę-naukowca wszech­czasów. Nie zauważamy w niej pierwiastka ludzkiego, a przecież przede wszystkim, była kobietą. I to wcale nie byle jaką...Wierna żona, oddana matka, dobra kochanka, wal­cząca feministka, kontrowersyjna aktywistka. Trudno uwierzyć, że w jednej Maniusi pomie­ściło się tyle postaci. Sto lat po otrzymaniu przez nią Nagrody Nobla Sejm Rzeczpospo­litej Polskiej ogłosił rok 2011 Rokiem Marii Skłodowskiej-Curie.

zaznacz i zamknij wróć do góry



Sport to zdrowie: Goalball – tajniki dzwoniącej piłki - KONRAD ANDRZEJUK

Czy słyszeliście kiedykolwiek o goalballu, grze drużynowej przeznaczonej dla osób niewidomych i niedowidzących? W tym artykule postaram się przybliżyć Wam tajniki tej interesującej dyscypliny sportu.
Niewidomi już od dawna mogli samodzielnie pisać, czytać czy podróżować. Dlaczego mieliby nie grać w piłkę? Taka myśl pojawiła się niemal 70 lat temu w głowie Hansa Lorenzena. Wkrótce postanowił on rozpocząć realizację swojego pomysłu z podopiecznymi jednego z niemieckich ośrodków dla osób ociemniałych. Wtedy jeszcze nikt nie przypuszczał, że nowo powstała gra szybko zdobędzie popularność na całym świecie i wejdzie do programu igrzysk paraolimpijskich.
Zacznijmy jednak od początku. We wszystkich istniejących dotąd grach z piłką wzrok spełniał najważniejszą rolę. Komunikacja między zawodnikami, podawanie piłki na odległość czy wreszcie zdobywanie punktów wydawało się niemożliwe z wykluczeniem narządu wzroku. Jednak ten problem udało się rozwiązać. Od dawna wiadomo, że niewidomi utracony zmysł wzroku starają się zastępować głównie słuchem i dotykiem. Te właśnie zmysły są najważniejsze w goalballu. W grze używa się dużej piłki wykonanej z twardej gumy. W środku znajdują się dzwoneczki, które wydają dźwięk podczas przemieszczania się piłki po boisku. Dzięki temu zawodnicy mogą ją zlokalizować. Boisko jest wyklejone specjalnymi liniami, pod którymi znajdują się sznureczki umożliwiające graczom znalezienie właściwej pozycji. W każdej z dwóch rywalizujących ze sobą drużyn występuje po trzech zawodników. Zaklejają oni oczy plastrami i zakładają na nie specjalne okulary nieprzepuszczające światła. Daje to gwarancję, że żaden z graczy nie będzie się posługiwał wzrokiem podczas gry.
Poza boiskiem znajduje się ławka trenerska, na której oprócz trenerów mają swe miejsce zawodnicy rezerwowi. W każdej z drużyn może ich być maksymalnie trzech. Podczas gry na sali musi panować idealna cisza. Doping kibiców oraz podpowiedzi trenerów są dozwolone jedynie po zdobyciu gola oraz w trakcie przerw w grze zarządzanych przez sędziego. Każda z drużyn ma również prawo do trzech przerw technicznych. Trwają one po 45 sekund. Podczas takiej przerwy trener może wejść na boisko, aby przekazać swoim zawodnikom własne uwagi i porady na temat ich gry. Podczas przerwy zawodnicy mogą również nieco odpocząć i napić się wody. Jest to ważne, ponieważ rozgrywki goalballu często bywają bardzo wyczerpujące.
Mecz goalballu jest rozgrywany na boisku o długości 18 m i szerokości 9 m. Jest ono podzielone na 2 połowy. Każda drużyna posiada na swojej połowie strefę neutralną, rzutu i obrony, a zawodnicy mają za zadanie obronę bramki rozciągającej się na całą szerokość boiska, czyli aż 9 metrów! Nie jest to więc zadanie łatwe. Piłkę można łapać tylko w strefie obrony, która obejmuje przyległy do linii bramkowej pas boiska. Ma on szerokość 3 metrów. Po złapaniu piłki drużyna powinna następnie w ciągu maksymalnie 10 sekund oddać rzut w stronę bramki przeciwnika. Aby był on ważny, piłka musi być wyrzucona w strefie rzutu, czyli powinna dotknąć podłoża po raz pierwszy w odległości do 6 metrów od bramki drużyny atakującej. Potem piłka może się toczyć lub kozłować, jednak musi się odbić od ziemi przynajmniej jeden raz w strefie neutralnej. Znajduje się ona w środkowej części boiska. Jeżeli oddany rzut nie spełni opisanych powyżej wymogów, sędzia wymierza rzut karny przeciw zawodnikowi, który niewłaściwie rzucił piłkę. Wtedy koledzy z drużyny opuszczają boisko, a ukarany zawodnik samodzielnie musi bronić szerokiej bramki.
Taka sama sankcja jest wymierzana również za inne przewinienia jak na przykład przekroczenie czasu 10 sekund na rozegranie akcji, oddanie przez tego samego gracza trzeciego rzutu z rzędu czy też niesportowe zachowanie.
Celem każdej z drużyn jest strzelenie jak największej ilości bramek przeciwnikowi, jednocześnie tracąc ich jak najmniej. Mecz goalballu trwa 24 minuty i jest podzielony na 2 połowy. Oddziela je 3 minutowa przerwa, podczas której ekipy zmieniają strony boiska, na których dotychczas rywalizowali. Jeżeli jednak w trakcie gry jedna drużyna wyjdzie na prowadzenie 10 bramkami, mecz kończy się niezależnie od pozostałego czasu.
Nad prawidłowym przebiegiem meczu czuwają sędziowie. Każdą grę powinno sędziować aż 10 osób. 2 sędziów na boisku prowadzi grę. Rozpoczyna ją i kończy, uznaje ważność zdobywanych bramek, przyznaje niektóre rzuty karne. Oprócz nich 4 sędziów przy stoliku odpowiada za protokołowanie meczu i mierzy czas gry. Za płynny przebieg meczu odpowiada 4 sędziów bramkowych, których zadaniem jest podawanie zawodnikom piłek, które zostały wybite poza boisko lub wpadły do bramki.
Na strój goalballisty, oprócz koszulki i spodenek, składa się komplet ochraniaczy. Mają one za zadanie chronić zawodników przed urazami i kontuzjami. Podczas obrony gracze rozciągają swe ciało wzdłuż bramki tak, aby zakryć jej możliwie największą część. Tak zwane pady obronne muszą być wykonywane bardzo szybko, dlatego goalballiści noszą ochraniacze kolan i łokci, aby ich nie potłuc. Wielu zawodników chroni dodatkowo biodra i piszczele. Tak ubrany zawodnik czasami może przypominać wręcz hokeistę.
Goalballista musi być silny, szybki, zwinny, mieć dobrą koordynację ruchową i orientację w przestrzeni. Dlatego trening goalballu jest bardzo wyczerpujący. Oprócz sprawności fizycznej trzeba podczas niego zwrócić uwagę na dobrą komunikację między zawodnikami i umiejętność pracy w grupie - przecież goalball to gra zespołowa. Aby zostać dobrym zawodnikiem, należy również nauczyć się poprawnie lokalizować piłkę za pomocą dźwięku, który wydają zawarte w niej dzwoneczki.
Mimo że goalball jest grą dosyć trudną, to jednak zdobył on swych amatorów na całym świecie. Jest popularny zarówno w Chinach jak i Australii czy też w Brazylii. Również w Polsce istnieje kilka drużyn biorących udział w zawodach krajowych i międzynarodowych. Goalball to gra przeznaczona zarówno dla chłopców jak i dziewcząt. Od kilku lat rozgrywane są młodzieżowe mistrzostwa Polski, w których biorą udział młodzi goalballiści i goalballistki między innymi z Lasek, Lublina, Dąbrowy Górniczej czy Wrocławia. Młodzi Polscy goalballiści odnoszą też sukcesy na arenie międzynarodowej. W 2011 roku w stolicy Turcji, Ankarze, reprezentacja Polski chłopców do lat 17 wywalczyła 4. miejsce w turnieju goalballu rozgrywanego w ramach Światowych Igrzysk Dzieci. Już teraz część składu tamtej drużyny zasila szeregi kadry narodowej seniorów i przygotowuje się do mistrzostw Europy, które odbędą się w przyszłym roku. Niedawno Polacy zajęli 2. miejsce na turnieju goalballu we Francji. Taki wynik pokazuje, że mamy silną drużynę i duże szanse na wysokie miejsce na mistrzostwach Europy, co pozwoliłoby naszym zawodnikom starać się o prawo występu na Igrzyskach Paraolimpijskich w Rio de Janeiro, które odbędą się w 2016 roku. Polscy goalballiści jeszcze nigdy nie brali udziału w najważniejszych zawodach dla sportowców niepełnosprawnych. Jest to spowodowane bardzo silną konkurencją. W wielu krajach goalball jest sportem bardzo popularnym. Dobrym przykładem może być nasz sąsiad Litwa. Reprezentanci tego małego państwa mają na swoim koncie kilka tytułów mistrzów świata i Europy a w swej ojczyźnie są traktowani zasłużenie jako wybitni sportowcy.
Aby zostać dobrym goalballistą, należy dużo pracować podczas regularnych treningów. Niezbędne jest też doświadczenie, które można zdobyć jedynie uczestnicząc w wielu zawodach i grając przeciwko różnym drużynom. Nie znaczy to, że goalball jest grą przeznaczoną tylko dla profesjonalnych sportowców. Gra z dzwoniącą piłką to świetna zabawa, a przy tym bardzo dobra forma ruchu, która uczy pracy zespołowej, rozwija orientację przestrzenną, a przede wszystkim jest doskonałą rozrywką i daje mnóstwo frajdy. .
Mam nadzieję, że każdy z Was, kto nie próbował do tej pory zagrać w goalball, będzie miał kiedyś okazję spotkać się z nim na żywo. Kto wie, być może niektórzy z Was zostaną w przyszłości znanymi goalballistami. Warto się o to postarać, bo jak wiadomo, sport to zdrowie, a przy okazji również fantastyczna przygoda, możliwość podróżowania i poznawania ciekawych ludzi.

zaznacz i zamknij wróć do góry



Spróbuj rozwiązać!

Zamiana litery
1. Warzywo cukrowe, budynek albo pomieszczenie tymczasowe
2. Do nóg zimą je przypinamy, chętnie w nie gramy
3. Służy do drzwi otwierania, gdy pojawi się na ubraniu szybko wrzuć je do prania
4. Żółty owoc tropikalny, osąd bardzo przewidywalny
5. Samochody po niej gnają, przy domu narzędzia ludzie w niej trzymają

Kalambury
Rozwiązanie pierwszej części pytania wraz z rozwiązaniem drugiej dadzą odpowiedź na trzecią.
1. Czerwony polny kwiat, dla obrazu oprawa,
ze sznurkami zabawa
makrama

Kalambur wiązany
Ostatnia litera pierwszego i pierwsza drugiego słowa jest wspólna.
1. List był nim kiedyś zaklejany, kolor karciany,
samochód lub paznokieć może być nim pomalowany
2. Robak i agitacyjne zebranie,
miesiąc na wakacji zaczynanie

Wytrop psy
Oto tekst, w którym ukryto 15 nazw ras psów. Zostały one ukryte w ten sposób, iż stanowią część jednego lub więcej słów, np. będąc końcem jednego i początkiem następnego. Znajdź te nazwy.

Był to wielki dzień w życiu Czarka. Po wielu latach ciężkiej pracy wreszcie wygrał Puchar Turnieju Śpiewaków. W szkole wydano na jego cześć wspaniały bankiet. Wszystko wyglądało bardzo apetycznie, nawet pomimo iż jeden bok sernika trochę się przypalił. Gdy zobaczył swój ukochany boeuf strogonow, Czarek od razu poczuł się głodny. Niestety nie mógł zasiąść do pałaszowania wraz z innymi. Wiedział, że powinien wygłosić mowę, w której miał podziękować swym profesorom. Przypomniał sobie, jak po raz pierwszy pojawił się w szkole. Był bardzo pracowity i do wszystkiego garnął się chętnie, ale szkolna dyscyplina szybko pozbawiła go złudzeń. Najgroźniejszy był profesor od historii muzyki. Przezywali go Chopin. Kiedy coś napsocili, Chopin czerwony ze złości wpadał do sali i wymierzał karę przy pomocy tego co akurat miał pod ręką, zwłaszcza miotła i mop stały się jego ulubionymi narzędziami. Dość nieszkodliwy był nauczyciel śpiewu chóralnego Bernard dynamicznie dyrygujący do tego stopnia, że nieraz zdarzyło mu się podrzeć zeszyt z nutami. Wiadomo było jednak, że Bernard jest bardzo wrażliwy na zmiany pogody, wszystkie niże i wyże łatwo wyczuwał i ponieważ spanie ledwo mu wychodziło. Robił się wtedy bardzo zły. Czarek najlepiej dogadywał się z nauczycielką gry na fortepianie. Choć była dość wiekowa i raczej korpulentnej budowy, posiadała głos eterycznej blondynki. Nosiła wielki pierścień z ogromnym bursztynem ważącym co najmniej pud, elegancko oprawionym w złoto i miała bardzo szpiczaste paznokcie. Kiedy chcieli uciec z lekcji, chłopcy biegli na pole i chowali się do piwnic na warzywa, bo do tych jam nikt nigdy nie zaglądał. Podsumowując, w szkole panował raczej chaos, ten miszmasz nauce raczej nie wychodził na dobre.

zaznacz i zamknij wróć do góry



Rozwiązania zagadek:

Zamiana litery: 1. burak/barak, 2. narty/karty, 3. klamka/plamka, 4. banan/banał, 5. szosa/szopa.
Kalambury: 1. makrama.
Kalambur wiązany: 1. lakier, 2. czerwiec.
Wytrop psy: chart, bokser, owczarek, ogar, pinczer, mops, bernardyn, wyżeł, spaniel, dog, seter, pudel, szpic, jamnik, sznaucer.

zaznacz i zamknij wróć do góry



Z uśmiechem łatwiej

Adam i Ewa idą przez raj.
- Kochasz mnie? - pyta Ewa.
- A kogo mam kochać? -odpowiada Adam.
**
Dzwoni telefon:
- Czego? - pyta dopełniacz.
**
Lew zgromadził na polanie wszystkie zwierzęta i groźnym głosem pyta:
- Kto zabił ostatniego dinozaura?
Cisza.
- No, kto zabił ostatniego dinozaura?
Z krzaków wychodzi zajączek:
- To dlaczego wymuszał pierwszeństwo przejazdu?
**
Przyjaciółka do przyjaciółki:
- Wiesz, przez dwa miesiące byłam na ścisłej diecie.
- I co, i co? Ile straciłaś?
- Dwa miesiące.
**
Pracownik dzwoni rano do swojego szefa:
- Szefie, niestety nie mogę dziś przyjść do pracy.
- Dlaczego, co się stało?
- Mam kłopoty z oczami.
- Zapalenie spojówek?
- Nie, po prostu nie widzę siebie dzisiaj w pracy.
**
Jaś spóźnił się na lekcje. Wychowawczyni pyta:
- Co się stało? Dlaczego się spóźniłeś?
- Myłem zęby, ale to się więcej nie powtórzy, przyrzekam.

zaznacz i zamknij wróć do góry

Wersja offline wygenerowana automatycznie.
Copyright © 2013 Światełko - miesięcznik dla dzieci starszych. Wszelkie prawa zastrzeżone.